Awers sztandaru cechu rzemiosł różnychMamy już kolejny rok dwudziestego pierwszego wieku. Co krok spotykamy się z mnóstwem przedmiotów wyprodukowanych przez człowieka. Trudno posegregować je według tego, kto ten przedmiot wykonał a jeszcze trudniej jak ten zawód nazwać. Kwitujemy ten problem szybko – są to wyroby; przemysłu chemicznego, maszynowego, zabawkarskiego elektrycznego, i t p. Trudno w tym potoku przedmiotów odnaleźć rzemieślnika.
Czasem, kiedy spotkamy się z wyrobem wykonanym prawidłowo i starannie mówimy, że to jest przedmiot wykonany przez rzemieślnika. Dla nas ludzi XXI wieku jest to normalność, kto by się zastanawiał, kto dany przedmiot zrobił. Ważne, że jest i nam służy. Gniewamy się czasem, że sprzęt się popsuł lub bateria się rozładowała. W potoku naszych zmartwień warto znaleźć chwile na refleksje spojrzeć wstecz i zastanowić się czy naprawdę w takich trudnych czasach żyjemy.
Awers sztandaru grupy odzieżowejKiedy w czasie burzy w naszym domu zabraknie prądu elektrycznego zauważamy, że stało się coś złego, jest ciemno, ogrzewanie nie działa, nie ma na czym ugotować Awers sztandaru cechu rzeźnikówobiadu. Określamy to krótko „nastąpiła katastrofa”. Najlepiej w takiej chwili rozpalić ogień w kuchni węglowej lub rozpalić ogień w kominku, usiąść z rodziną i wrócić do wspomnień - może nie tak dawnych i przypomnieć młodszym, jak to kiedyś było. Przypomnijmy sobie, jak to u dziadków był dom pod strzechą o jednej izbie, ogrzewany piecem ceglanym. Jak zwożono z lasu gałęzie do ogrzewania izby. Czasem słomiany dach przeciekał, z pieca czasem wypadła cegła.
Usterki takie można było naprawić samemu w myśl przysłowia „Nie święci garnki lepią” lub zlecić tę prace rzemieślnikowi, zdunowi, który naprawi piec, lub dekarzowi naprawę dachu.
W ten sposób w społeczeństwie powstały grupy ludzi wykonujące różne usługi .Nazwano ich rzemieślnikami. W miastach, gdzie były większe skupiska ludzi, rzemieślnicy organizowali się w cech poszczególnych zawodów. W organizacji cechowej łatwiej było sprowadzać większe partie towarów do produkcji oraz organizować wspólną sprzedaż wyprodukowanego towaru. Z biegiem czasu, przy sprzyjających warunkach, powstawały większe warsztaty rzemieślnicze nazywane manufakturami. Awers sztandaru cechu kuśnierzyW takim warsztacie był podział pracy i jednocześnie specjalizacja w wykonywanej pracy. Na przykład w zawodzie kuśnierskim wyodrębnił się zawód garbarza. Z całego rzemiosła wyodrębniła się profesja kupca. Kupcy zaopatrywali warsztaty w surowce do produkcji oraz skupywali i rozprowadzali wyprodukowane towary.
Jak wiemy nasze miasto Garwolin przez swoje blisko sześciowiekowe istnienie przechodziło swoją ewolucję rozwoju. Wspomina się o cechu piwowarów, cechu kołodziejów, cechu bednarzy, cech kuśnierzy cechu kowali, krawców, szewców, powroźników, i. t. p. Na początku dziejów naszego miasta sławny był cech piwowarów. Piwo z Garwolina zamawiano nawet na królewskie stoły. Z czasem receptury produkcji piwa przejęli piwowarzy z Warki i Zamościa.(Zwierzyńca) Zmieniła się koniunktura i w Garwolinie zaprzestano „warzyć piwo” Przez minione lata jedne cechy upadały, inne zawody przetrwały do dzisiaj.
Od lat w garwolińskim rzemiośle pozostała pewna tradycja sięgająca początków dziejów. Tradycją ta jest kult świętego Jozefa patrona rzemieślników.
Awers sztandaru strażackiegoW dniu 19 marca w naszym kościele przed ołtarzem świętego Józefa odprawiane jest nabożeństwo za zmarłych rzemieślników oraz o błogosławieństwo Boże w ich pracy. Przed ołtarzem stają sztandary cechowe; cechu kuśnierzy, cechu krawców, cechu piekarzy, cechu kowali, cechu rzeźników cechu oraz sztandar cechowy wszystkich innych rzemieślników. Przed mszą świętą odczytywany jest cykl wspomnień o poszczególnych zawodach


GAWĘDA O CIEŚLACH, STOLARZACH I TYCH, KTÓRZY PRACUJĄ W DREWNIE

św. Józef patron cieśliChcę przedstawić wspomnienie poświęcone rzemieślnikom pracującym w drewnie; tych, którzy są najbardziej bliscy dzisiejszemu patronowi - świętemu Józefowi. On przecież wykonywał niegdyś ten zawód, który oni wykonują obecnie. Jest wielkim zaszczytem mieć takiego patrona i mistrza cechowego.
W naszych myślach przywołajmy na to uroczyste Nabożeństwo wszystkich drwali, którzy pozyskują drewno, traczy, którzy to drewno obrabiają, cieśli, stolarzy, bednarzy, kołodziejów, snycerzy, oraz wszystkich, którzy na swój sposób to drewno przerabiają na pożytek nasz i na Chwałę Bożą.
Zawody te od zarania dziejów ludziom były potrzebne. Bo przecież każdy z nas musi mieć dom, w którym mieszka. W domu stół, przy którym mógłby siąść na krześle i zjeść posiłek. Nie tak dawno na tym stole znalazłby się drewniany talerz a przy nim drewniana łyżka. Na porcelanowy talerz i metalową łyżkę stać było tylko ludzi zamożnych.
W Starym Testamencie jest opis „zamówienia” złożonego rzemieślnikom, przez Pana Boga, na wykonanie Arki. Jak wiemy w arce przechowywane były tablice z dziesięciorgiem przykazań. Jest tam opis jak i z jakiego drewna, jakich rozmiarów, z jakim wystrojem ma być ta Arka zbudowana. Zamówienia takie Pan Bóg nie raz składał naszym praojcom, składa je też i nam.
Wyobraźmy sobie nasze Miasto. Spójrzmy oczyma wyobraźni na to miejsce, na którym stoimy. Przed wiekami, w roku 1418 erygowana była parafia Garwolin. Odbyło to się w kościele drewnianym stojącym w tym miejscu, wzniesionym rękoma cieśli z Garwolina
W roku 1603 wizytuje naszą parafie biskup Wawrzyniec Gośliński, w zapiskach po lustracyjnych wspomina się, że jest kościół, w którym jest sześć ołtarzy. Dopiszmy, - zbudowanych i ozdobionych rękoma rzemieślników z Garwolina.
Fragment balustradyPięćdziesiąt lat później, podczas najazdu Szwedów istniejący kościół został spalony. Znów budowa, urządzanie i upiększanie na chwałę Bożą. W latach 1526-1770 istniały w naszym mieście dwa kościoły. Drugi kościół stał przy obecnej ulicy Sienkiewicza, w miejscu, gdzie obecnie stoi krzyż świętej Anny.
Kościoły drewniane w naszym mieście budowano cztery razy. Budowano je z drzewa, gdyż z otaczającej miasto Puszczy Osieckiej najwygodniej można było pozyskać potrzebny budulec.
W zapiskach mówi się jak wyglądał ostatni drewniany kościół. Piszą, że miał trzy wieże, w jednej wieży sygnaturka. Posiadał troje drzwi. Obok kościoła stała dzwonnica. Kościół posiadał ogrodzenie z kamieni.
W roku 1825 znów pożar, spalił się kościół i część miasta. Teraz postanowiono wybudować kościół murowany. Ten kościół oddano do użytku w roku 1839. Nasi pradziadowie wielbili w nim Pana Boga do roku 1889. Usterki i błędy budowlane były powodem, że Kościół trzeba było zburzyć.
Rozpoczęto budowę obecnego kościoła. Budowniczymi murowanych kościołów byli murarze. Odłóżmy ukłon w stronę tych zawodów na inna okazję. Dziś chciałbym wspomnieć tych rzemieślników, którzy trudzili się nad budowaniem obecnej Świątyni
W pierwszej kolejności złóżmy ukłon księdzu Tadeuszowi Gorczyńskiemu, który był inicjatorem budowy. Pokłońmy się też projektantom; inżynierowi Józefowi Piusowi Dziekońskiemu i inżynierowi Modrzewskiemu. Wdzięczni im jesteśmy za rozmach i kunszt w projektowaniu. Nie mniejszą wdzięczność należy oddać mistrzowi murarskiemu Stanisławowi Bissanowi, który tym projektom nadał obecny kształt.
W wybudowanym kościele widzimy same mury, ale fachowiec dostrzeże ile tu trzeba było szalunków rusztowań form do odlewania sztukaterii. Te prace wykonane były przez cieśli i stolarzy. Było ich wielu, wykonali zleconą pracę i pozostali bezimienni. W kronikach, jednak odnotowano, Michała Zalewskiego , Mroczka, Hyżyńskiego, mistrza sztukatorskiego Jana Zbranieckiego, budowniczego wież Aleksandra Iwonickiego, rzeźbiarza nazwiskiem Żydok , który wyrzeźbił figury świętego Wojciecha i świętego Stanisława. Rzeźbiarza Teofila Godeckiego, który wykonał figury Matki Boskiej Niepokalanie Poczętej i figurę Jana Kantego, stojących we wnękach na zewnątrz kościoła. Ołtarz główny wykonał mistrz Sikorski z Warszawy. Ołtarz w kaplicy świętego Józefa, przed którym się modlimy, wykonał w roku 1899 mistrz Stadnicki. Obraz świętego Józefa namalował Leonard Bieroński.
Ołtarz św. Józefa w Kościele w GarwolinieUpłynęło niespełna czterdzieści lat jak nasi dziadkowie pobudowali obecną świątynię. Znów wojna, pożar kościoła i ponowna odbudowa. Te czasy pamiętam. Będąc dzieckiem obserwowałem, jak wszyscy mieszkańcy z zapałem zabrali się do odbudowy. Chociaż sami mieli zniszczone domy, priorytet miały prace przy kościele. Każdy zawód i każde ręce były potrzebne. Jedni do zwalania śniegu z odkrytych murów, inni do zasnuwania słomą okien, jeszcze inni do zwózki drzewa. Wspomnę tu braci Walendów, którzy zawsze służyli swą pracą i doświadczeniem przy pracach w kościele. Oni to wykonali więźbę dachową Wspomnę panów Franciszka i Wiesława Zalewskich, którzy wykonywali prace stolarskie. Pana Antoniego Siarkiewicza, ze swymi pracownikami, którzy wykonali stolarkę na chórze i obudowę do organów. Pan Bogdana Rudnicki wykonał ołtarze w kaplicy na cmentarzu. Zespół pana Józefa Janaszka wykonywał prace ciesielskie. Wspomnę również kołodziejów i bednarzy; panów Franciszka Bogusza, Józefa Pytlarczyk, Stanisława Soszkę, bednarza Feliksa Świerczewskiego. Nie sposób wymienić tu wszystkich, ale Pan Bóg ich zna i nagrodę za Ich ofiarne życie otrzymali.
Korzystając z przykładu naszych ojców oraz dzisiejszego święta rzemieślników zachęcałbym o większe otwarcie na potrzeby naszego kościoła, szczególnie w pracach fachowych. Zasługuje na pochwałę zegarmistrz pan Antoni Nowicki, który od lat zajmuje się konserwacją naszego zegara. Z jakim skutkiem - oceńcie sami. Przez pewien czas uszkodzony był mechanizm podnoszący obraz w głównym ołtarzu, pracę tą może wykonać tylko elektryk. Naprawy dokonał pan Grzegorz Walicki. Wiosną ubiegłego roku uległy zużyciu łożyska przy dzwonach, do naprawy zgłosił się pan Stefan Wielgosz, który naprawił usterkę. Pan Stefan zgłosił się sam i pomimo pracy na wysokości zorganizował ją i przeprowadził potrzebną konserwacje za „Bóg Zapłać.”


GAWĘDA O ZAWODZIE ZDUŃSKIM I KAMIENIARSKIM

W dniu świętego Józefa, naszego patrona - wspominamy rzemieślników i ich rzemiosła. W poprzedniej gawędzie mówiliśmy o rzemieślnikach pracujących w drewnie. Oni tak jak święty Józef obrabiając drewno wytwarzali dobra na pożytek bliźnim, oraz zarabiali na utrzymanie swych rodzin.
Rzemieślnicy z innych zawodów, też wybrali sobie za patrona świętego Józefa. Chociaż pracę swą wykonują w innym materiale, rodzaj ich pracy wcale się nie różni od pracy świętego Józefa.
Dziś chciałbym wspomnieć grupę rzemieślników pracujących w materiale twardszym od drewna. Wspomnę zawody; zdunów i kamieniarzy.
Rodzi się pytanie, kto to jest rzemieślnik, jakie warunki muszą zaistnieć, ażeby ktoś stał się rzemieślnikiem. Trudno to zdefiniować. W pierwszym rzędzie musi zaistnieć potrzeba wykonania, jakiegoś produktu. Drugim warunkiem jest pozyskanie materiału do wytworzenia potrzebnego wyrobu. Trzecim warunkiem jest człowiek, który pozyskane od Boga talenty, pracą swoich rąk przetworzy na potrzebny produkt.
Pan Bóg rozsyłając ludzi z raju powiedział „ Pracujcie i czyńcie sobie ziemie poddaną”. Jedni potraktowali to jako przekleństwo, inni odczytali to jako wskazanie i sposób na życie. Z tych, którzy nie przelękli się Bożego wskazania, wykształtowała się społeczność rzemieślnicza.
Pierwszeństwo w tej prezentacji zawodów, dałbym zawodowi zduńskiemu. W rozwoju cywilizacji ludzkiej, w pierwszym rzędzie potrzebny był zdun. W epoce jaskiniowej przygotowanie miejsca na ognisko, urządzenie miejsca do gotowania i upieczenia pożywienia, odprowadzenie dymu, wykonanie ogrzewania, osłonięcie jaskini od zimna i wiatru, to wszystko wykonywał rzemieślnik, którego dzisiaj nazywamy zdun. Do dziś podstawowym materiałem w tym fachu jest glina a narzędziem dłonie.
Jak widać i obecnie wiele w tym zawodzie się nie zmieniło, ale przeciętny człowiek, w tym na pozór prostym zawodzie, nie poradzi sobie bez wiedzy i doświadczenia zduna.
Do niedawna w moim domu były przedmioty zawodu zduńskiego. Przypomnę kuchnię do gotowania, piec grzewczy i piec do pieczenia chleba. Urządzenia te były tak zmyślnie połączone kanałami, że podczas gotowania w piekarniku można było upiec placek a ciepło tak pokierować szyberkami, ażeby ogrzewany był jeszcze piec.
Obecnie zawód zduński zanika, wyparły go instalacje budowane przez hydraulików, jednak kuchni węglowej do gotowania lub kominka ogrzewającego pokój nikt lepiej nie wykona jak zdun. Ostatnim mistrzem tego zawodu był nieżyjący już Michał Rybacki oraz jego synowie. Przydomek „ zdun” otrzymali po swoich pradziadkach członkowie rodziny Piesiewiczów.
Równolegle z zawodem zduńskim trzeba zaszeregować zawód kamieniarza. Zdun budujący palenisko lub komin zauważył, że glina wzmocniona kamieniem jest mocniejsza a komin wyłożony od zewnątrz płaskimi kamieniami nie namięka i nie rozpływa się na deszczu.
Powstała potrzeba pozyskania odpowiedniego rodzaju kamienia do budowania. Ktoś musiał zająć się dostarczeniem odpowiedniego kształtu budulca, inni musieli się nauczyć kruszyć i obrabiać potrzebny materiał.
W krajach o ciepłym klimacie kamień posłużył do budowy domów. Egipcjanie doszli do takiej perfekcji w obróbce kamienia, że kilkadziesiąt wieków temu wznieśli olbrzymie piramidy z kamienia. Dziś oglądających te budowle zachwyca kunszt wykonania i perfekcyjna obróbka tylu tysięcy bloków kamiennych.
Nasi pradziadowie w swej wędrówce z „Edenu”, obrali sobie na zamieszkanie ziemię nad rzeką „Wilgą” i „Eliaszem”. Uznali Oni, że jest to najpiękniejszy skrawek ziemi, tu będą żyli i pracowali. Dziś my żyjący na tej ziemi, podzielamy wybór naszych pradziadów. Przodkowie nasi, kiedy wykarczowali potrzebny obszar puszczy, ażeby uzyskać pola do uprawy zbóż stwierdzili, że ziemia jest tu żyzna. Mankamentem jednak stały się kamienie zalegające gęsto pola.
Kamienie te są pozostałością po licznych lodowcach, jakie w prahistorii ziemi spływały z północy. Różny kolor tych kamieni świadczy o tym, że przywędrowały one z różnych miejsc i w różnym czasie.
Nasi pradziadowie nie mieli sposobu na zagospodarowanie tego bogactwa. Czasem kilka kamieni potrzebowali pod podwaliny budującego domu. Drobniejsze wynoszono do strumienia, ażeby utworzyć bród na wodzie. Większe układano w strumieniu, ażeby zbudować kładkę.
Kamienie te przeleżały w naszej garwolińskiej ziemi aż do czasów naszych dziadków. Z zalegających pola kamieni zaczęto brukować drogi. Możnowładcy z kamienia i cegły budowali swoje dwory z kamiennymi piwnicami. Jako najstarszą budowlę w Garwolinie można wskazać murowany dwór rodu Czyszkowskich.
W 1806 roku na gruntach Czyszkowskich wzniesiony został pałacyk na cześć księcia rosyjskiego Aleksandra, który zatrzymał się w Czyszkowie w drodze do Puław. Od tamtej pory pałacyk nazywany jest Aleksandrówka a z czasem nazwą tą nazywano całą dzielnicę miasta.
Starą budowlą kamienną jest postument metalowego krzyża, stojącego obecnie przy ulicy Wiejskiej. Niegdyś obok tego krzyża była brama wjazdowa do dworu Czyszkowskich.
Starymi budynkami wybudowanymi z kamienia i cegły są czworaki dworskie w Czyszkowie.
W roku 1813 przy obecnej ulicy Kościuszki wybudowany został z kamienia i cegły obelisk, w którym umieszczono figurkę świętej Barbary.
Nadszedł rok 1834, w tym to roku rozpoczęto budowę w Garwolinie pierwszego kościoła murowanego, W tym to czasie zainteresowano się leżącymi w polu kamieniami. Potrzeba pozyskania kamiennego materiału do budowy kościoła była, ale problem stanowiło przemieszczenie ciężkich kamieni na plac budowy.
Budowę kościoła wykonywał rzemieślnik bez wsparcia fachowego inżyniera. .Ukończono budowę w roku 1839 a już w kilka lat po zakończeniu, rozpoczęły się pierwsze naprawy.
W 1835 roku, przez Garwolin budowany był trakt wołyński. Powodem budowy drogi, obok względów gospodarczych, były względy militarne. Władze carskie wyciągnęły wnioski z niedawnych wydarzeń z roku 1830, kiedy to do stłumienia buntu „Powstania listopadowego” skierowano wojsko z Krymu. Z powodu braku dróg wojsko nie mogły szybko przemieścić się do Polski.
Do budowy dróg potrzeby jest kamień drobniejszy. Zbierano go z pól i dostarczano na budującą się drogę. Była potrzeba, znaleźli się też i nauczyciele (inżynierowie), którzy nauczyli wytwarzać narzędzia do łupania kamienia, nauczyli brukować. Tak powstały zawody brukarza i kamieniarza.
Następnym zapotrzebowaniem na kamień ( kruszywo) był budujący się w latach 1870-77 tor kolejowy. Tu już widać większy kunszt w budownictwie kamiennym. Do dziś stoją wybudowane wtedy z kamienia przepusty i przyczółki mostowe.
Po „Powstaniu styczniowym” władze carskie uznały, że w Garwolinie potrzebne są koszary, gdzie umieści się wojsko. Podczas powstania, Polacy z okolic Garwolina, sporo nadokuczali Rosjanom – będzie pod ręką „bat”.
Do budowy znów potrzebny był miedzy innym materiał kamienny. Materiału nie przywożono koleją, ale pozyskiwano go na miejscu. Rzemieślnicy byli, wyuczeni poprzednio a ich ilość zależała od potrzeb.
Nadszedł rok 1889, w Garwolinie omal nie doszło do katastrofy budowlanej. Wybudowany przed pięćdziesięciu laty kościół należało rozebrać. Powodem były słabe fundamenty. Na domiar złego w maju 1889 zmarł ksiądz Tadeusz Gorczyński główny koordynator prac projektowych, oraz organizator parafian do prac rozbiórkowych i budowy nowego (obecnego ) kościoła.
W sierpniu tegoż roku sprawami budowy kościoła zajął się ksiądz Adam Sadowski. Z cegły pochodzącej z rozbiórki kościoła, wybudowano szpital na Aleksandrówce (obecny budynek pana Stefana Brzeźnickiego), gruzem utwardzono rynek (obecny skwerek w centrum miasta).
Teraz do pracy zabrali się wysokiej klasy rzemieślnicy „ inżynierowie budowlani”- sławny ze swych dzieł Józef Pius Dziekański wraz z inżynierem Modrzewskim. Inżynierowie wyciągnęli wnioski z poprzednich błędów budowlanych, uznali, że „grunt to fundament”. Rozeznali teren i uznali, że materiału na porządny fundament nie brakuje. Budowniczowie uaktywnili niedawnych kamieniarzy, którzy budowali koszary, kolej żelazną, Trakt Wołyński
Zaczęto łupać leżące w polu kamienie. Kunszt zawodu kamieniarskiego, garwolińscy rzemieślnicy potwierdzili swoimi wyrobami. - Spójrzmy na karmienie w fundamencie naszego kościoła. Kamienne bloki obrobione do kantu, jednakowej wysokości, z płaską obwódką w koło.
Spójrzmy na stopnie schodów wejściowych. Są tam kamienie, długie na około trzech metrów. Wyobraźmy sobie, z jakich to głazów trzeba było je wyłupać i tak je pozyskać, ażeby nie pękły w długości. Prace kamieniarskie wykonywał między innymi pan Głaszczka w Woli Rebkowskiej Policzmy sobie ile to metrów sześciennych. Weźmy pod uwagę całą powierzchnię kościoła dodając ileś metrów w głąb ziemi –wielka ilość kamieni.
Pozyskany w polu materiał to jest jeden aspekt budowy. Innym problemem jest potrzeba przemieszczenia materiału. W tym czasie dysponowano tylko transportem konnym, zaprzężonym do drewnianego wozu z żelaznymi osiami i obręczami na kołach. Dziadkowie opowiadali, że przy zwożeniu kamieni na kościół, osie wozów wyginały się.
Zimą radzono sobie, w ten sposób, że z rosochatego drzewa sporządzano sanie i tak zwłóczono kamienie. Tu z rolnika powstał zawód transportowca „furmana”.
Podziwiać należy mistrza (kierownika budowy), który musiał tak zsynchronizować zwózkę materiału, ażeby odpowiedni kamień dostarczony był w odpowiednim czasie. Przyznać należy, że budową ta przeprowadzona była bardzo sprawnie. Budynek kościoła z nakrytym dachem i ołtarzem głównym, zbudowany został do roku 1894.
Jako ciekawostkę przytoczę opowiadanie mojego kolegi Edwarda Kotlarskiego. Wspominał, że jego dziadkowi Michałowi Kotlarskiemu, w uznaniu zasług za pracę przy budowie kościoła, ksiądz jako pierwszemu udzielił ślubu, przed nowym ołtarzem w nowym kościele.
Po zakończeniu budowy kościoła, zostało dużo kamienia, który nie był wbudowany. Kamieniem tym wybrukowany został plac przed kościołem. Brukarze dla upamiętnienia roku zakończenia budowy, na środku placu, czarnymi kamieniami wybrukowali datę 1894.
Jeśli ktoś będzie czytał moją gawędę pomyśli sobie, że chyba w Garwolinie wszystkie kamienie zostały zagospodarowane. Jednak odpowiem, że nie wszystkie. Podczas budowy „naszej szkoły” w roku 1930- 1935 starczyło jeszcze kamienia na wybudowanie podpiwniczenia wkoło całej szkoły i sali gimnastycznej. Obróbką kamienia przy szkole zajęli się też garwolińscy kamieniarze, tylko z innego pokolenia.
Przy skrzyżowaniu ulicy Kościuszki i Mazowieckiej, stoi kamienny krzyż z czerwonego granitu z roku 1907. Na krzyżu wykuta jest inskrypcja „Krzyżu Chrystusa osłoń nas swymi ramiony” Niżej jest napis „Fundacja rzemieślników miasta Garwolina”. Na samym dole u podnóża krzyża jest napis, że „ Krzyż wykonał Stanisław Chmielewski z Garwolina”. Rzemieślnik ten, żył i tworzył w naszym mieście. Między innymi, zbudował ogrodzenie wokół naszego cmentarza. Na naszym cmentarzu jest Jego nagrobek, też z czerwonego granitu.
Za mistrzem kamieniarstwa znaleźliśmy się na cmentarzu. Spójrzmy - ile jest tu wyrobów tego rzemiosła. Udanych, mniej udanych, drogich i jeszcze droższych. Mnie jednak najbardziej przypadł do gustu, nagrobek z czerwonego piaskowca na grobie Mieczysława Łagowskiego.
Na zakończenie, przenieśmy się do nowego kościoła, Matki Boskiej Częstochowskiej. Tu podziwiajmy wyroby przemysłu kamieniarskiego. Patrząc na te dzieła, możemy porównać pracę rzemieślnika z młotem i „meslem”, w zestawieniu z diamentowymi piłami i mechanicznymi szlifierkami i polerkami.

 


GAWEDA O ZAWODZIE KUŚNIERSKIM

Wspólnie z kolegami z Ludowego Towarzystwa Historyczno Kulturalnego chcemy zaprezentować mieszkańcom naszego Miasta słynący przed laty zawód kuśnierski. Kontynuowanie tego zawodu przez kilka pokoleń dawało mieszkańcom zatrudnienie i dochody, dzięki czemu miasto mogło się rozwijać. Przedstawimy w małym skrócie warsztat kuśnierski, oraz sprzęt i narzędzia, jakimi ówcześni kuśnierze się posługiwali.
Chce poinformować, że niegdyś zawód kuśnierski, różnił się od zawodu istniejącego obecnie. Dziś zawód kuśnierski wyspecjalizował się w szyciu odzieży ze skór różnych zwierząt, od dziko żyjących piżmaków, do skór ze zwierząt hodowanych w fermach, jak lisów norek i innych.
Zawód kuśnierski ma swoje korzenie w czasach prehistorycznych. Postawić go można na równi z zawodem zduńskim. Zdun dbał, ażeby mieszkanie, w którym mieszka człowiek było szczelne i ogrzane. Zadaniem kuśnierza było, ażeby z upolowanych przez człowieka skór zwierzęcych, sporządzić ubranie, które będzie chroniło go od zimna – szczególnie w naszym klimacie.
.Zawód uprawiany przez naszych ojców, dziadków i pradziadów zajmował się materiałem skórzanym, jaki był dostępny na rynku, to jest skórami z owiec.
W okresie międzywojennym w naszym mieście było 143 zakłady kuśnierskie, w których pracowało około 1000 osób.
W przeciwieństwie do współczesnego zawodu kuśnierskiego, dawny zawód łączył w sobie dwie dziedziny - zawód garbarza, wraz z arkanami tego zawodu, oraz zawód kuśnierza. W warsztacie takim kuśnierz z wygarbowanego przez siebie materiału szył ręcznie potrzebną odzież. Były to kożuchy męskie i damskie, kamizelki, serdaki, czapki, rękawice oraz spodnie. Niektóre eksponaty były przedstawione na naszej wystawie. Pochodzą jeszcze z tamtej epoki.
Wyroby swoje garwolińscy kuśnierze sprzedawali na jarmarkach w całej Polsce. Najbardziej chłonnym był rynek okolic Łowicza. Sprzedawano też swoje wyroby na jarmarkach w Grójcu, Nowym Mieście, Pułtusku, oraz na jarmarkach w bliższych miejscowościach sąsiadujących z naszym miastem jak Siennica, Latowicz, Stoczek Łukowski. Dużymi odbiorcami garwolińskich kożuchów były zamówienia dla wojska Cesarstwa Rosyjskiego, jak i później zamówienia dla Armii Polskiej. Słynne były ułanki, tołuby, oraz eleganckie bekiesze.
W biblii mówi się o tym, że święty Jan Chrzciciel chodził odziany w skóry. Jednaki nawet i święty nie wychodziłby w skórach gdyby były nie wygarbowane. Surowe skóry kaleczyłyby ciało. W biblii mówi się też, że wino napełniano do bukłaków, to jest pojemników sporządzonych ze skór. Ostrzegano, że nie należy wlewać wina do starych bukłaków gdyż mogą być zniszczone. Nie jest powiedziane, co robiono ze starymi bukłakami.
Tu mogę dopowiedzieć, że alkohol zawarty w winie spowodował wygarbowanie skór i te nadawały się do sporządzania odzieży. Zauważono też, że skóra martwego zwierzęcia położona w pobliżu mrowiska, stawała się wygarbowana.
Mąka rozmoczona z wodą w wyniku fermentacji wytwarza kwas chlebowy, który garbuje skóry. Garbnik zawarty w korze drzew sprawiał, że garbunek był doskonalszy. Spostrzeżenia te dały początek zawodowi garbarskiemu. Takimi metodami posługiwano się przez wieki. Na naszej wystawie przedstawialiśmy naczynia i przedmioty służące do garbowania. Pokrótce przypomnę proces i cykle garbowania w garwolińskich warsztatach.
Przypuszczam, ze słuchając mojej opowieści poczujecie się zgorszeni, gdyż sposoby, jakie wtedy stosowano mają się niczym do obecnych przepisów sanitarnych i ekologicznych. Jednak przed sześćdziesięciu laty, kiedy ja wchodziłem w ten zawód, było to normą.
Zimą dokonywano zakupu skór. Wczesną wiosną, kiedy lody spłynęły, w rzece za młynem naprzeciw rzeźni były drewniane baseny, w których skóry przez trzy do pięciu dni były odmaczane. Po odmoczeniu, skóry te, były odmięśniane (flesowane) i prane z brudu w rzece. Później trzytygodniowy cykl garbowania w zaprawie z mąki.
Proces garbowania powinien przebiegać w cieple, więc kadzie z garbującymi się skórami umieszczano w mieszkaniu. W dodatku, co trzeci dzień skóry należało przełożyć w kadzi, ażeby skóry z dołu kadzi znalazły się na górze. Do przekładania skór służyło specjalne koryto. Proszę sobie wyobrazić, jaki zapach był w tym domu.
Po trzech tygodniach skóry wyjmowano z kadzi i suszono na płotach i na żerdziach rozłożonych na podwórkach. Po obróbce skór na biało ponowne trzytygodniowe moczenie w wywarze z kory i znów pranie w rzece i suszenie.
Ludzie przyjezdni mówili, że to wszystko śmierdzi. Jednak Garwolacy zapach ten uważali za przyjemny, gdyż w zapachu tym, był zapach chleba, którym nakarmią swoje dzieci i szelest pieniędzy, jakich spodziewali się z efektu swej pracy.
Obecnie zdobycze nauki zastąpiły dawne sposoby garbowania. Odczynniki chemiczne, skróciły proces garbowania i sprawiły, że jakość towaru stała się lepsza. Pracę mrówek zastąpił wyprodukowany przez człowieka kwas mrówkowy. Maszyny do szycia skutecznie wyeliminowały szycie ręczne. Rozwój nauki i techniki ze swoimi ciepłymi materiałami, jak polar i goreteks skutecznie konkurują z kożuchami.


GAWĘDA O ZAWODZIE KOWALA I TYCH KTÓRZY OBRABIAJĄ METAL.

Brama wejściowa - przykład kunsztu pracujących w metaluW dziejach cywilizacji wyróżniamy pewne epoki, jakie ludzkość przeżywała w swoim rozwoju Najstarszą cywilizacją nazwiemy epokę jaskiniową. W tym czasie wystarczyły jako narzędzie ręce a materiał glina. Następną epoką była epoka kamienia łupanego. Tu już widzimy, że człowiek posługuje się narzędziem. W dalszej ewolucji następuje epoka brązu.
Teraz pojawili się fachowcy, którzy potrafią z ziemi pozyskiwali metal - miękką miedź oraz miękką cynę i uzyskiwli stosunkowo twardy stop metalu – brąz. Z takiego metalu wytwarzano narzędzia. Bryły brązu rozklepywało młotami i kształtowano je.
Tak powstał zawód kowala. Następną epoką była epoka żelaza. Tu mieliśmy podobne procesy technologiczne tylko pozyskiwano metal twardszy. Ludzie zaczynali potrzebować coraz to wymyślniejsze narzędzia, zawsze były braki więc rosła produkcja. Najpierw produkowano narzędzia ułatwiające życie, później zaczęto produkować narzędzia służące do zabijania życia - doszło się do absurdu. Z zawodu kowala wyłoniły się zawody pokrewne, jak hutnik, odlewnik, walcownik ślusarz. tokarz, blacharz, i. t. p. Ciekawym zawodem pracującym w metalu jest ludwisarz. Rzemieślnik ten zajmuje się odlewaniem z metalu, czasem odlewa armaty a czasem dzwony. Tu można powiedzieć, że oba przedmioty są głośne, ale armaty są za głośne i oby ich nigdy nie odlewano.
W okolicach Garwolina nie występują żadne rudy metali, z których by można było zrobić jakieś narzędzie. Prymitywne piece hutnicze do wytopu metali zwane „dymarkami” ,były w okolicach Kozienic, z tamtych stron prawdopodobnie pozyskiwano narzędzia żelazne. Jako ciekawostkę podam, że w XIX wieku w nokolicy Wilgi istniała manufaktura produkująca kosy.
Świecznik - przykład kunsztu kowaliPamiętam te czasy kiedy przy drodze stały kuźnie a w nich pracowali kowale tam moża było podkuć konia naprawić wóz. We wsi kowal i młynarz byli ludźmi bogatymi.
Przytoczę tu pewną informację o istniejącym w Garwolinie warsztacie kowalskim. Był to dobrze prosperujący warsztat pana Migdalskiego. Jeśli ktoś skojarzy nazwisko, to nazwisko Migdalskich jest na grobowcu na naszym cmentarzu.
Podczas powstania styczniowego Jan Migdalski współpracował z powstańcami. Władze carskie za pomoc powstańcom zabrali Janowi Migdalskiemu majątek i zesłany został na Sybir. Po powrocie otworzył kuźnię i w ten sposób zarabiał na życie.
 

ROZMOWA Z KOWALEM

Jest sierpień 2006 roku. Dzisiejszej nocy nie mogłem zasnąć. Moje myśli krążyły po zaułkach naszego miasta. W myślach odwiedzałem różne warsztaty a w nich znajomych mi rzemieślników. Byłem w warsztacie stelmacha pana Franciszka Bogusza, w warsztacie bednarza Stefana Świerczewskiego, w warsztacie rymarskimj pana Władysława Nazorka. Uświadomiłem sobie, że tych rzemieślników i ich warsztatów już nie ma. Przyszły mi na myśl słowa księdza Jana Twardowskiego. „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Tak, odchodzą ludzie a nimi ich zawody, które uprawiali.
Grot sztandaru rzeźnikówW swoich rozmyślaniach doszedłem do wniosku, że nie muszę odwiedzać dawnych warsztatów we śnie i w wyobraźni. Jest w naszym mieście ostatni kowal , pan Józef Pawliszewski, który liczy sobie obecnie 82 lata, on będzie mógł mi opowiedzieć o swoim zawodzie.
Pana Józefa zastałem w swoim warsztacie stojącego przy śrubsztaku i odkręcającego śrubę. Zagadnąłem, co to jest za śruba, jakaś nie typowa z prostokątną mutrą. Pan Józef odpowiedział, że jest to śruba 12 z gwintem wytworowskim - takie śruby robiono u kowala.
Zapytałem pana Józefa, jak długo pracuje w swoim zawodzie? Odpowiedź była opowieścią o swoim zawodzie, życiu i rodzinie.
Ojciec pana Józefa - Antoni Pawliszewski, był kowalem. Swojego zawodu wyuczył trzech swoich synów Mariana, Stanisława i Józefa. Kuźnię Pawliszewscy mieli przy głównej szosie. Pracy nie brakowało. Transport po szosie odbywał się w tym czasie głównie zaprzęgami konnymi , tak i była potrzeba podkuć konia lub naprawić furę.
Zapytałem pana Józefa czy dziś podkułby konia? Odpowiedź brzmiała oczywiście, tylko koni do podkucia nie ma. Mam jeszcze w swojej kuźni; surowe podkowy , hufnale młotek kowalski , obcęgi , grefy , hacele , strug do kopyta , raszplę , kobyłkę do postawienia końskiej nogi , mam też dudkę dla narownych koni.
Obecnie do przyheftowania grefu do podkowy używa pan szwejsaparatu , ale jak to się robiło, kiedy w kuźni nie było prądu elektrycznego?
W kuźni jest kotlina, w której pali się ogień, do podniesienia temperatury metalu, ogień był podniecany powietrzem dmuchanym z miecha . Żelazna podkowa była rozgrzewana do koloru jasnoróżowego i wtedy gref był heftowany do podkowy.
Na zimę, koniom przybijano podkowy zimowe takie ażeby koń się nie ślizgał. W tym celu do podków wkręcano hacele ze specjalnym gwintem stożkowym.
Panie Józefie, czy obecnie pan by zrobił wóz konny na drewnianych kołach i żelaznych obręczach? Taki wóz bym okuł, ale dzisiaj, komu taki wóz jest potrzebny. Gdzie dzisiaj znaleźć stelmacha, który taki wóz zrobi z drewna, skąd znaleźć odpowiednie drewno na poszczególne elementy.
Musisz wiedzieć, że każdy element musi być zrobiony z odpowiedniego materiału. Piasta do koła powinna być z odziemka z brzozy, im bardziej zawiły tym lepszy, bo przy nabijaniu szprych nie rozszczypie się. Szprychy powinny być z drewna akacjowego. Dzwona kół należy zrobić z drewna jesionowego lub dębowego. Do wozu potrzebne będą progi i ławki , do przodka i do zadka Przy progach do przodka stelmach niech zrobi i spasuje sznice , ażeby wóz się nie składał i w następstwie czego, nie ułamać rozwory przy sworzniu .. Do zadka potrzeba spasować skręt kłonice i rozworę.
Obstaluj sobie jeszcze wrótnie wraz z poddenką oraz zastawki będziesz miał skrzynię do zwózki kartofli.
Potrzebne Ci będą drabiny do zwózki zboża, wzmocnione lisniunkam . Zrób sobie długie, co najmniej 12 łokci. Nie zapomnij zamówić dyszla hołobli sztylwagi orczyka i powęża.
Do wyjazdu na jarmark lub na odpust przydadzą Ci się drabinki, do których dokupisz sobie wiklinowe półkoszki.
Tak przygotowany materiał dostarczysz do mojego warsztatu to ja Ci wszystko po okuwam.
W piasty kół zaprawię żeliwny buks. Z obu stron piasty, dla wzmocnienia zaprawię trodyny, oraz ryfki, z zewnątrz mniejsze, od środka większe. Na dzwona kół nałoży się obręcze, przy pomocy drągów i specjalnych uchwytów nazywanymi rafcyglami . Przy pasowaniu obręczy muszę wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenie. Po pierwsze ażeby ją dobrze zaszwejsować . Po drugie, aby nie była za mała, lub za duża.
Następnie w progach muszę wykamować sztamajzą bruzdy, w których zaprawię oś. Ławkę próg i oś należy zespolić czterema cybantami zamykanymi laberkami i wszystko skręcić śrubami. W środku przedniego progu należy spasować otwór na rozworę oraz przewiercić otwór na sworzeń. Przy przodku potrzeba jeszcze okuć sznice i zaprawić hak do hołobli, do jazdy w pojedynkę. Do jazdy w parokonkę potrzeba zamocować uchwyty do dyszla. Przy hołoblach potrzeba zaprawić na końcach kluby, które założymy na haki u przodka. Jeszcze potrzebne będą grzebienie do otos oraz szlufki do siodelnika i do pasków na końcach hołobli.
Koniec otosy przy pomocy ungierki założymy na sękle osi , podciągniemy na grzebieniu i przodek gotowy.
Zabierzmy się do okucia zadka Wszystkie czynności jak przy przodku kamowanie cybanty otwór na rozworę, tylko w progi zaprawia się skręt a w ławce będą otwory na kłonice Teraz za pomocą rozwory połączymy przodek z zadkiem zepniemy na środku ryfką i średnikiem oraz wetkniemy za zadkiem lunek i możemy wóz szykować do wyjazdu na odpust.
Nakładamy na wóz drabinki wymalowane olejna farbą na końcach spinamy drabinki szpastkami , nakładamy półkoszki, szykujemy dwa siedzenia i w drogę do Parysowa.
Jednak nie tak prędko, sam wóz, chociaż nowy i ładnie pomalowany, nie pojedzie. Potrzebny jest koń a może dwa, zaprzęgnięte uprzężą do wozu.
Idziemy do warsztatu rymarskiego i prosimy o uprząż. Rymarz prezentuje nam do wyboru brązowo-żółte szleje skórzane do zaprzęgu parokonnego. Ozdobne humunta krakowskie ze skórzanymi pasami wybijane mosiężnymi muńcami i sprzątrzkami.
Do ciężkich prac najlepiej konia zaprzęgnąć w humunt ruski, który jest przymocowany do wozu przez łuzwy i dułę do hołobli. Kliszcze humunta ruskiego wiązane są skórzanymi trokami, a u dołu ściągane spin okiem.
Do zaprzęgu ruskiego potrzebne są pułsory i podogonie służące do trzymania wozu przez konia, przy jeździe z góry. Dla ulżenia koniowi przy ciągnięciu, na grzbiet konia zakłada się siodełko przypięte poprętem, oraz siodelnikiem, który to siodelnik przjmował ciężar humunta na grzbiet konia. Zimą do jazdy na saniach do duły przytwierdzano mosiężny kołokolczyk , który ostrzegał o nadjeżdżającym pojeździe. Teraz posiadamy już pełne wyposażenie, jeszcze tylko bat w rękę a drugą lejce i w drogę. Nie powinno się zapominać o derkach dla koni, ponieważ po przejździe, na postoju, koń powinien być okryty.
Dawniej koń służył jako środek lokomocji. W pośpiechu można było wsiąść koniowi na grzbiet i na oklep przemieścić się. Tak można było przemieszczać się na bliskie odległości. Do jazdy w dalszą drogę, potrzebna była kulbaka do jazdy wierzchem. Kulbaka składała się z siodła , do którego przymocowane były strzemiona.j Siodło z koniem mocował popręt. Przy siodle przytwierdzone były juki , w których umieszczano obrok dla konia, oraz sakwy na potrzebny sprzęt wojskowy i żywność. Pod siodło kładziono na konia derkę, którą okrywano konia na postoju. Na łeb konia zakładano kantar lub uzdę , do której przymocowywano cugle Koń do biegu, był przymuszany przez jadącego ostrogami, które miał przymocowane do butów.
Cugle służyły do kierowana koniem, jednak koń reagował na głos jadącego. Zawołanie wio znaczyło – idź, prry znaczyło – stój, odsie - skręć w prawo, ksobie – skręć w lewo.


 


HORDLICZKOWIE – PREKURSORZY PRZEMYSŁU SZKLARSKIEGO

Przy drodze od stacji kolejowej Garwolin w kierunku Huty Garwolińskiej po jej południowej stronie pośród dorodnych dębów oznaczonych tabliczkami jako pomniki przyrody stoi kapliczka. Kapliczka ta jest wykonana z cegły licówki u góry zwieńczona żelaznym krzyżem. W części centralnej znajduje się wnęka, w której umieszczona jest figurka Matki Boskiej Niepokalanie poczętej. Kapliczka ogrodzona jest starym częściowo zniszczonym, żeliwnym ogrodzeniem. Patrząc na tę budowlę zastanawiałem się czy jej wiek równa się wiekowi dostojnych dębów, czy postawiona ona była obok rosnących tu drzew? Daty budowy kapliczki nie wypisano. Jak mi opowiadała moja Mama kapliczkę tę jak i inne budowle przy tej drodze wybudował właściciel tych lasów pan Hordliczka. Dziś u schyłku XX wieku młodsze pokolenie mieszkańców naszego miasta niewiele wie o Kościół w Trąbkach wybudowany przez Hordliczkówludziach noszących to nazwisko. Pamiątki po Hordliczkach to Osada Czechy koło Trąbek, huta szkła w osadzie Czechy, kościół w Osadzie Czechy i rząd mogił na cmentarzu w Trąbkach. W Garwolinie zaś nazwa lasów na zachód od torów kolejowych oraz na cmentarzu okazały grobowiec rodziny Hordliczków.
Dziś w naszej okolicy ludzi noszących to nazwisko nie spotkamy jednak pobyt Hordliczków na naszej ziemi pozostawił niezatarte ślady. Chciałbym w kilku zdaniach przybliżyć tych ludzi, którzy na naszym widnokręgu pojawili się jak kometa na początku XIX wieku aby zniknąć w połowie wieku XX.
Ignacy Hordliczka Czech z pochodzenia przybywa do Polski w roku 1822. We wsi Barczące powiatu Mińsko-Mazowieckiego uruchamia hutę szkła i kryształów. Okolice wsi Barczące obfitowały w drewno potrzebne do wytopu szkła. Na miejscu był też piasek - podstawowy składnik do wytopu szkła. Dobra jakość wyrobów i pomyślna koniunktura na rynku spowodowały, że lasy w okolicy wsi Barczące w ciągu 12 lat zostały wyeksploatowane i zakład stanął przed groźbą braku paliwa lub podrożenia wyrobów przez konieczność dowozu drewna z dalszych terenów leśnych.
Huta szkła wybudowana przez HordliczkówW roku 1835 Ignacy Hordliczka po spenetrowaniu okolicznych terenów podjął decyzje przeniesienia zakładu w inne miejsce. Wybór padł na wieś Trąbki koło Garwolina. Okolica zasobna w drewno, piasek i jak wszędzie w tym czasie dużo taniej siły roboczej. Pan Hordliczka będąc doświadczonym przedsiębiorcą umiał wykorzystać nadarzające się okazję do rozwoju swojego przedsiębiorstwa. W tym czasie przez Garwolin wytyczana była szosa tak zwany „Szlak Wołyński." Na wielu odcinkach droga prowadziła przez kompleksy leśne. Drewno z wyrębu zagospodarowane zostało dla potrzeb huty. W tym czasie władze carskie starały się z majątku królewskiego wyciągnąć jak największe zyski. Korzystając z okazji pan Hordliczka wydzierżawił od władz lasy królewskie nazywane „Puszczą Osiecką", czym zabezpieczył sobie obfitość opału dla huty. Pan Ignacy gospodarował w Trąbkach 14 lat, doprowadził zakład do rozkwitu, umarł w roku 1854 .
Po śmierci Ignacego, interesy Hordliczków kontynuują bratankowie Edward i Wilhelm Hordliczkowie. W tym okresie zauważyć można, że bracia rozdzielili się majątkiem i zaczęła się twórcza współpraca. Wilhelm zajął się prowadzeniem huty i wyrobów kryształowych. Dobra koniunktura na rynku wyrobów kryształowych oraz kunszt pracujących tu fachowców sprawiły, że huta rozwijała się, wzrastało zatrudnienie i co za tym idzie poprawa bytu pracowników z okolicznych wiosek. Za swoje wyroby pan Hordliczka otrzymał w roku 1867 nagrodę na wystawie w Paryżu. Otrzymał też wyróżnienie za stworzenie dobrych warunków socjalnych dla swoich robotników (budynki te stoją do dziś i służą pracownikom huty). W tym okresie do roku 1890 w hucie notowano największe zatrudnienie, w zakładzie pracowało do jednego tysiąca robotników. W hucie produkowano wszystkie rodzaje wyrobów ze szkła, od kryształowych zastaw stołowych do szkła okiennego. Jako ciekawostkę podam, że do dziś w oknie w kaplicy cmentarnej w Garwolinie jest szyba wytworzona w Hucie Czechy. Zauważyć na niej można smugi od ręcznego rozciągania szkła na blacie stalowym.
Brat Wilhelma, Edward też nie próżnował, zajął się dostarczaniem drewna na opał do huty w Trąbkach. W roku 1860 władze carskie postanowiły sprywatyzować dzierżawione dobra królewskie. Ogłosiły przetarg na poszczególne majątki. Hordliczkowie o zamiarach władz wiedzieli i byli przygotowani do przystąpienia do przetargu ale stale nie przebywali w Warszawie i o wszystkich sprawach na bieżąco nie wiedzieli.
Pewnego dnia przed dom pana Hordliczki w Hucie Garwolińskiej zajechał powóz (powtarzam tę historię za pewnym starszym mieszkańcem Huty Garwolińskiej, którego wiozłem na furze jadąc po drzewo do lasu). Na podwórku zastali niezbyt dobrze ubranego człowieka. Przybysze zagadnęli do niego „Gdzie jest pan"? ten odpowiedział, że pan wyjechał ale jeśli coś potrzebują to on jest rządcą to panu przekaże. Przybysze opowiedzieli o celu swojej wizyty. Przedstawili się, że są z Warszawy i chcieliby obejrzeć las bo chcą go kupić od władz. Rządca wydał parobkom polecenie, ażeby zaprzęgali konie i jeden z nich obwiezie panów po lesie. Za parę minut konie z powozem zostały podstawione a na koźle siedział parobek z batem odziany w burkę. Parobek wiózł gości od gajówki w Ewelinie do gajówki w Cyganówce, w Uśniakach w Woli Władysławowskiej. Przejażdżka trwała do późnego wieczora. Panowie przed parobkiem nie robili żadnych tajemnic, rozmawiali ile to warte, ile można zapłacić, ile można zarobić.
Po przyjeździe do domu w Hucie Garwolińskiej po niedługim czasie zjawił się pan rządca, zapraszając gości na kolację i na nocleg. Ostrzegał ich, że podróż nocą przez las jest niebezpieczna. Gościom się bardzo spieszyło, ale po obfitej kolacji, zakrapianej trunkiem pozostali na noc we dworze. Zaraz po przyjeździe z przejażdżki pan Hordliczka kazał szykować najlepsze konie i po kolacji wyruszył w drogę do Warszawy. Parobkiem na koźle obwożącym gości po lesie był sam pan Edward Hordliczka. Rano pan Edward był już w Warszawie. Zaraz po przyjeździe uruchomił wszystkie swoje możliwości i wszedł w posiadanie dotychczas dzierżawionego lasu. Teraz już jako właściciel zaczął administrować i eksploatować las jako swoją własność. Do pilnowania lasu wyznaczył gajowych, którzy administrowali poszczególnymi obszarami lasu. Pobudował dla nich gajówki wraz ze stodołą i oborą oraz wyposażył w pewien obszar gruntu pod uprawę. Od gajowych w zamian wymagał lojalnego wykonywania powierzonych im obowiązków. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że gajówki wybudowane zostały w miejscach bardzo malowniczych. Najbardziej podobała mi się gajówka przy „Zimnej wodzie" z pięknym jeziorkiem na którym do niedawna gospodarzyły bobry. W Hucie Garwolińskiej założył dwór z obszarem ziemi oraz z całą infrastrukturą to jest stodołami, oborą, spichlerzem, cieplarnią i innymi zabudowaniami gospodarczymi. Dla robotników dworskich wybudował czworaki, które służą ludziom za mieszkanie do dziś. Dworu jednak na kształt dworu szlacheckiego nie wybudował.
Pamiętam te zabudowania dworskie z roku 1947, kiedy to będąc uczniami siódmej klasy Szkoły Powszechnej nr l w Garwolinie brałem udział wraz z innymi dziećmi przy sadzeniu lasu. Las, który sadziłem z satysfakcją pokazuję swoim synom. Dwór ten po trzech latach rządów Władzy Ludowej uległ dużej dewastacji. W budynku, w którym mieszkał pan Hordliczka urządzona była szkoła, przy której mieliśmy zbiórkę. Był to parterowy budynek zbudowany z bali drewnianych. Usytuowany był nieco dalej od drogi, przed którym znajdował się duży klomb obsadzony krzewami a wokół klombu urządzony był podjazd dla powozów. W głębi na zachód od domu znajdowały się zabudowania gospodarcze. Po lewej stronie znajdowała się zrujnowana, dawniej oszklona cieplarnia z wysokim ceglanym kominem, w której hodowane były potrzebne warzywa i różne egzotyczne kwiaty. O tej cieplarni opowiadała często moja mama, gdyż siostra mamy Michalina pracowała w tej cieplarni. Na zachodniej strome podwórka znajdowała się stodoła a przed stodołą urządzony był kierat konny do napędu maszyn. Konie ciągnące kierat chodziły w zadaszeniu.
Na północnej stronie podwórka znajdowała się obora na kilkanaście stanowisk dla bydła. Obok urządzony był silos na kiszonki. Na środku podwórka była studnia z żurawiem, obok której znajdowały się długie drewniane koryta do pojenia bydła. Najdłużej z wszystkich zabudowań gospodarczych zachował się murowany spichlerz. Był to trzy kondygnacyjny budynek, na którym znajdowała się wieżyczka podobna do wieży w kościele w Trąbkach. Wieżyczkę tę obejrzeć można jeszcze w posesji pana Barankiewicza w Woli Rębkowskiej na „Wietnamie". Na północnej ścianie tego spichlerza znajdowała się data 1864 rok budowy. Budynek ten najbardziej zachowałem w pamięci, gdyż kilkanaście lat do tego magazynu zobowiązani byliśmy odstawiać „obowiązkowe dostawy". Ładne usytuowanie spichlerza pośród zieleni oraz miła droga przez las łagodziła gorycz niesprawiedliwych zarządzeń. Droga od stacji kolejowej do Huty Garwolińskiej była i jest malownicza. W tym czasie stały przy drodze ławeczki przykryte daszkiem w kształcie grzybka, na których można było przysiąść w czasie spaceru. Przy dwu kapliczkach można było się pomodlić. Przed bieloną kapliczką znajdującą się w pobliżu czworaków mieszkańcy Huty Garwolińskiej w maju śpiewali pieśni maryjne.
Opowiadając moje wspomnienia o dworze Hordliczków odbiegłem od tematu. Wróćmy do lat 70 ubiegłego wieku. Szczęśliwa passa Hordliczków nie opuszczała. W tym to czasie rozpoczęto budowę kolei nadwiślańskiej Warszawa - Lublin. Na budowę tej kolei Hordliczkowie wywarli duży wpływ. Projektanci w założeniach mieli połączyć koleją większe miejscowości, co miałoby wpływ na ich uprzemysłowienie. Taką szansę miał Garwolin. Kolej ta miałaby stację w okolicy dzisiejszego osiedla Romanówka lub Lucina. Sprawą budowy kolei oraz przebiegu jej trasy zainteresowali się Hordliczkowie. Jako ludzie interesu zdawali sobie sprawę z korzyści, jakie można osiągnąć z posiadania przy swoich majętnościach kolei żelaznej. Przystąpili do realizacji swoich planów i projektantów sobie znanymi metodami przekonali, że kolej jest bardziej potrzebna im przy lesie. Za cmentarzem mieli cegielnię i usytuowanie kolei mogło zagrozić jej likwidacją. Mieszkańców Garwolina Hordliczkowie przekonali, że kolej obok miasta rozdzieli im pola i za tor kolejowy będzie trudniej jeździć po zbiory jak i przeganiać bydło na pastwisko. Garwolacy też „doręcznie" przekonali projektantów o celowości usytuowania toru kolejowego przy lesie.
Wieżyczka ze spichłerza w folwarku Hordliczków w Hucie GarolińskiejPrzeprowadzenie kolei „Nadwiślańskiej" wywarło wielki wpływ na losy bliskiej i dalszej okolicy. Koleją była zaopatrywana huta szkła w opał z kopalń ze Śląska, koleją też wywożono w świat gotowe wyroby z huty. Przedsiębiorstwo leśne uruchomiło tartak napędzany lokomobilą, w którym produkowano między innymi podkłady kolejowe. Teraz już nie tylko huta, ale i las dawał pracę okolicznym mieszkańcom. W tym tartaku pracował w latach młodzieńczych mój sąsiad pan Jan Trzeciak.
W tym miejscu chciałbym rozważyć takie zagadnienie jak by wyglądał nasz krajobraz gdyby nie było kolei? Przypuszczam, że puszcza Osiecka podzieliłaby losy lasów z okolic wsi Barczące. W miejscu obecnych lasów byłaby naga pustynia. Dziś w rozmowach rozważamy czy to dobrze, że kolej jest daleko od miasta czy źle. Przytacza się argumenty za i przeciw. Dziś można dyskutować, ale przez 100 lat towary do miasta dowożono końmi. Z bliskiej stacji towar można by było przewieźć wózkiem ręcznym. Z bliskiej stacji dojazd pociągiem do szkół i warsztatów w Warszawie byłby wygodniejszy. Dla przykładu dam miasto Siedlce. W tym czasie miasto wielkością porównywalne z Garwolinem tam kolej przeprowadzono blisko miasta. Rolnicy siedleccy nawet wnosili skargi do władz, że podróżni chodzą im po polach i niszczą zasiewy. Skargi te spowodowały, że władze miasta wybudowały drogi dojazdowe do kolei, przy których to drogach postawiono domy gdzie urządzono różne warsztaty. W ten sposób miasto przyszło do bliskiej kolei. Garwolinowi taką szansę odebrano. Z pomyślnej koniunktury skorzystała wieś Pilawa. Tam powstał ośrodek kolejarski ze stacją węzłową, z zakładami naprawczymi taboru kolejowego. Sytuacja ta wiązała się z miejscami pracy, co łączy się i z napływem nowych mieszkańców. Splot tych zdarzeń zadziałał, że Pilawa z wsi stała się miastem.
W roku 1894 umiera właściciel huty pan Wilhelm Hordliczka. Prowadzenie zakładu przejął jego syn 23 letni Edward. Z czasem dołączył do spraw prowadzenia zakładu pan Stanisław Hordliczka ur. 1871 zm. Jednak interesy w rękach młodych niedoświadczonych braci nie szły tak dobrze jak dawniej, spadłyło produkcja, zmniejsza się zatrudnienie. Rodzina Hordliczków rozrastała się, pojawiają się nowe nazwiska zięciów. Huta jednak dawała zatrudnienie całej rodzinie. W roku 1924 Hordliczkowie budują w Trąbkach kościół pod wezwaniem św. Edwarda. Pod kościół i cmentarz oddali ok. 8 ha. ziemi. W roku 1927 w Trąbkach została erygowana przez władze kościelne parafia, wydzielona z parafii Garwolin. Dotychczas wieś Trąbki należała do parafii Garwolin. Będąc w październiku 1998 roku na cmentarzu w Trąbkach widziałem w jednym rzędzie mogiły Hordliczków i ich potomków. Spośród nagrobków wyróżnia się jeden granitowy z napisem „Stanisław Hordliczka zmarł w roku 1952 - przyjacielowi i wychowawcy młodzieży". Pamiętam pana Stanisława Hordliczka, który w czasie okupacji przyjeżdżał do mojego ojca zamawiać sobie uszycie spodni kożuchowych, czapki i rękawic. Był to leciwy już człowiek. Kiedy do nas przychodził dostawaliśmy od niego cukierki. W roku 1986 umiera potomek Hordliczków Franciszek Szmid. Dla podkreślenia swego czeskiego pochodzenia zażyczył sobie ażeby nad grobem zagrano mu hymn czeski.
W Hucie Garwolińskiej w przedsiębiorstwie leśnym Hordliczków czas też nieubłaganie biegnie. W roku 1905 umiera Edward Hordliczka. Zmarł on w sanatorium na Krymie. Opowiadano, że w czasie transportu koleją zostały zamienione trumny z innym zmarłym kuracjuszem, który też był transportowany w jednym wagonie. Z tego powodu pogrzeb musiał być przesunięty. Moja babcia opowiadała, że hutnicy z Trąbek zrobili na ten pogrzeb szklane wieńce z różnie barwionego szkła. Były to arcydzieła sztuki hutnictwa szklarskiego.
Grób rodzinny Edwarda Hordliczka na cmentarzu w GarwoliniePo śmierci Edwarda Hordliczki przedsiębiorstwo leśne oraz gospodarstwo przejął syn Edwarda, Kazimierz Hordliczka. Kryzysowa sytuacja w kraju ograniczała dochody przedsiębiorstw. W przedsiębiorstwie leśnym poszukiwano się zysków z każdej nadarzającej się okazji. Jak opowiadano za zbieranie grzybów lub jagód bez wykupionego zezwolenia na zbieranie runa leśnego groziło pobicie batogiem oraz połamanie koszyków i zabranie zbiorów. Sam pan Hordliczka jeździł konno po lesie i pilnował swoich dóbr. Przejazd lub przejście przez las było zabronione. Pewnego razu wracali do domu od kolei dwaj chłopcy wracający z wojska. Wybrali drogę przez las gdy w lesie zjechał im drogę pan Hordliczka łajając ich za chodzenie po lesie. Zamierzył się na nich batogiem. Chłopcy podskoczyli jeden do konia a drugi do strzemienia i nie wiadomo kto by tym batogiem dostał ale Hordliczka spiął ostrogami konia i ratował się ucieczką. Od tamtego zdarzenia pan Hordliczka po lesie jeździł z dubeltówką.
Jednak tam, gdzie widział interes w dobrych stosunkach z okoliczną ludnością starał się być układny. We wsi Wola Władysławowska zorganizował straż pożarną, dał drzewo na budowę remizy i pomógł wyposażyć w sprzęt. Ludności pracującej w lesie zezwalał na zbieranie runa leśnego i chrustu. Podobne propozycje składał mieszkańcom Rębkowa ale układy były trudniejsze gdyż Rebkowiacy mieli własne lasy serwitutowe. Pomimo ograniczeń w dochodach Hordliczkom żyjło się nieźle. Widząc zmiany jakie zaistniały po pierwszej wojnie światowej Hordliczkowie inwestują w naukę dzieci. Ostatni z Hordliczków, Stefan kształcił się w szkole morskiej w Gdyni. Do Huty Garwolińskiej przyjeżdżał tylko na wakacje. W czasie wojny gospodarstwo leśne stało się jednak azylem i schronieniem. Chociaż prawa własności do lasu okupant ograniczył, to gospodarstwo rolne w dalszym ciągu można było prowadzić. Po przyjściu Władzy Ludowej w roku 1944 pan profesor Stefan Hordliczka opuścił Hutę Garwolińską i po ustabilizowaniu sytuacji politycznej jako wysoko wykształcony fachowiec podjął pracę jako wykładowca w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni. Stefan Hordliczka zmarł w latach 60- tych.
Powoli gasła świetność rodu Hordliczków, czas robi swoje. Okazały grobowiec na cmentarzu w Garwolinie podczas święta zmarłych niegdyś otwarty, obecnie tylko przed drzwiami ktoś zapali lampkę, w dachu zauważyć można braki dachówki. Część fasady zaczyna pochylać się ku przodowi a niektóre bryły piaskowca spadły z murów. Patrząc na ten rozwalający się grobowiec przychodzi na myśl powiedzenie „Prochem jesteś i w proch się obrócisz".

O starych, ginących zawodach wspominał Antoni Garwoliński.



 

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com